[Latest News][6]

Akcja
animal attack
Arnold Schwarzenegger
artykuł
Buzzujemy
Clive Barker
Cronenberg
Deadly Prey
Dick
Eksperyment
film.org.pl
Gangsterka
Horror
John Carpenter
Karate
klasa B
Klasyka
Komedia
Lata 70-te
Lata 80-te
lata 90-te
Magivanga
Muzyka
Na spokojnie
Noir
Obyczaj
Ogłoszenia Parafialne
Okolice Grozy
Post-apo
Postapo
punk
ranking
relacja z koncertu
rock
Rumiankowo
S-F
Seagal
SF
Święta
The Room
Thriller
Trip
Van Damme
Włoszczyzna
Zakalec

Odmienne stany świadomości. Skrzynka do tripów, grzybki i wściekła małpa.



John C. Lilly - "Skonstruowałem komorę deprywacji sensorycznej pracując w Narodowym Instytucie Zdrowia Psychicznego. Przy jej pomocy poczyniłem tyle odkryć, że bałem się napomknąć o nich reszcie psychiatrów, którzy uznali by mnie chyba za wariata. Odkryłem, że komora deprywacji jest dziurą we wszechświecie świadomości, przez którą można patrzeć na całkowicie odmienną rzeczywistość. Było to naprawdę fascynujące, lecz przerażające zarazem."
W latach 50- tych grupa amerykańskich naukowców podjęła się pionierskich badań nad świadomością. Eksperymenty przeprowadzano na ludziach, umieszczając ich w komorze deprywacyjnej - zbiorniku, który skutecznie odcinał ochotników od doznań zmysłowych.Izolacja od dźwięków, obrazów i zapachów odbywała się w zawiesinie soli ułatwiającej swobodne unoszenie się. Płyn miał neutralną temperaturę.
Jeśli ktoś ma skojarzenia z wodami płodowymi, idzie dobrym tropem. Lilly chciał zbadać, jak zachowa się ludzki mózg poddany deprywacji sensorycznej. Wyniki zaskoczyły wszystkich. Mózg wcale nie chciał spać. Ożywał. Przestawiał się na nietypowy tryb. Indukował psychodeliczne wizje i halucynacje. Zabierał ludzi na wycieczki, o jakich nawet nie śnili.



Ken Russell - kontrowersyjny brytyjski reżyser - postanowił zająć się tym tematem. Chciał opowiedzieć o tym, jak wyglądały początki badań nad komorą i dokąd doprowadziły.
Jeśli liczycie jednak na wierną rekonstrukcję zdarzeń, srodze się rozczarujecie. Nie jest to więc, przeniesiona jeden do jednego, prawdziwa historia “skrzynki do tripów”, ale jej autorski wariant.

Ken Russell zawsze lubił iść swoją drogą. Nie miał nic przeciwko szarży - kaskadom kiczu i groteski wylewającym się z ekranu. Nie interesowało go też kino ulizane pod Oscary, więc zazwyczaj wypełniał swoje obrazy szaleńcami, feerią barw, golizną i wszelkiej maści obsceną, nierzadko sąsiadującą z odwołaniami do świętości. A jednocześnie było to często kino ambitne, mające wywoływać skrajne reakcje - drażnić, zmuszać do myślenia, wymierzać cięgi religii czy mieszczaństwu.

Twórczy temperament jak u Andrzeja Żuławskiego - może z tą różnicą, że polski twórca raczej unikał w swych dziełach humoru, a brytyjczyk wprost przeciwnie. Russell lubił historie napisane przez życie. Opowiedział o Rudolfie Valentino, Franciszku Liszcie czy Mahlerze. Jednak - jak przystało na rosochatą reżyserką duszę - uwielbiał też dodać “nieco od siebie”.

I tak np. film o Liszcie zawiera sceny, w których zmumifikowany Hitler strzela do Żydów z gitary. “Odmienne stany” nie są aż tak ekscentryczne, ale zapewniają widzowi seans pełen mocnych wrażeń, a prawdziwa historia jest tu tylko trampoliną do odbicia się w stronę psychodelicznego horroru, w którym zamiast wypruwania flaków mamy wrzynanie się w korę mózgową.

Bohaterem obrazu jest Eddie Jesup - naukowiec, a także psychonauta, czyli nurek skaczący w głębiny podświadomości. Eddie wie, że trip jest doświadczeniem szczególnego rodzaju i interesuje go zgłębianie go od strony praktycznej. Szuka dostępu do pamięci gatunkowej człowieka. Wierzy, że w ten sposób dotrze do odpowiedzi na podstawowe pytania, które ludzkość zadaje sobie od zawsze.

Eddie nie tylko poddaje się wielogodzinnym sesjom w komorze, ale korzysta też z narkotyków. W obu przypadkach są to drzwi, które mają go zaprowadzić na rubieże poznania. W pewnym momencie zejdzie tak głęboko, że na jakiś czas zatraci ludzkie cechy.

Ale to nie powstrzyma go przed dalszymi próbami, podobnie jak nie uczyni tego kochająca żona i zaniepokojeni współpracownicy. Eddie nie uznaje półśrodków: jest gotów na zjazd po brzytwie wprost w objęcia absolutu.





Jesup to archetypowa postać naukowca opętanego swoją wizją. Wygląda jak protoplasta Seth’a z Brundle'a z “Muchy“ Cronenberga. Obaj są tak samo aspołeczni, a jednocześnie zdeterminowani, żeby wprowadzić ludzkość w nową erę dzięki swoim wynalazkom. Zresztą, oba filmy mają sporo wspólnego.

“Mucha” to także body horror, równie intensywny jak “Odmienne stany” i, podobnie jak one, rozkraczony gdzieś pomiędzy fascynacją eksperymentami a ostrzeżeniem przed nimi.

Jej bohater także przechodzi drastyczną metamorfozę. O ile jednak przemiana w muchę nie należy do normalnych przeżyć, to przynajmniej zachowuje jakiś kierunek - Seth staje się owadem. Kim lub czym staje się Jesup? Nie wiadomo. Z pewnością jednym z etapów przemiany jest małpolud. Oglądamy zmieniające się ciało bohatera, ale także jego świadomość, bombardowaną dzikimi wizjami. Najpierw odzwierciedlają one życie wewnętrzne Jesupa, potem przenoszą go w bardziej uniwersalny wymiar, a następnie… dalej i jeszcze dalej.

Siły, które uwalnia bohater, są tak pierwotne i tajemnicze, że ciężko ocenić, gdzie go zaprowadzą. Zaczyna się utrata kontroli nad życiem osobistym i psychicznym. Film stawia ważne pytanie. Ile można poświęcić w imię badań? Jak wytłumaczyć innym coś, co ma wielką wagę, ale pozostaje doświadczeniem nieprzekładalnym na język? Czy można zachować kontrolę nad siłami, które wymykają się naszemu pojmowaniu? Czy prawdziwy naukowiec ma jakikolwiek wybór, kiedy na szali staje jego bezpieczeństwo lub możliwość dotarcia do Prawdy? Pytania te mogą mieć akademicki rodowód, ale prześwitują z kadrów o wielkiej sile rażenia - hipnotyzujących i niepospolitych.



Film zachowuje poważny, mroczny ton wycieczki w nieznane. Dużo się w nim gorączkowych scen mówionych, ale to nie niweluje grozy, za to generuje przekonujące tło, pełne naukowców, z czasów, kiedy ludziom jeszcze się chciało roztrząsać bazowe kwestie, a nawet podnosić głos podczas rozmów na ich temat. I może nawet dało się dostać grant na wrzucanie pejotlu w Meksyku. Napięcie w “Odmiennych stanach” nie spada ani na chwilę.

Wizje tripów są intensywne, niepokojące, pełne elementów kiczu, ale i dzikiej siły. Seks, religia, przeszłość osobista i gatunkowa tworzą mocny koktajl poprzetykany obrazami z wnętrza ciała; rozbłysków komórkowych, ale i planetarnych, organicznych kaskad, pulsowania. Za to Jezus z kozim łbem na krzyżu zachwyci każdego fana black metalu.

Wielu twierdzi, że sceny te trącą już myszką. Osobiście uważam, że mają w sobie moc i autentyzm, a elementy kiczu są tu niezbędne - tak, jak stanowią nieodzowny element naszego podświadomego krajobrazu. To wciąż najlepsze sceny tripu w historii kina. Malarskie i oniryczne, są dziełem rąk ludzkich, a nie komputera. Zostały przygotowane naprawdę starannie; czuć w nich Boscha, Freuda i dziką, przeszarżowaną operę w reżyserii podkręconego mózgu. Jest ich wiele i same w sobie stanowią już dobry powód, żeby obejrzeć dzieło Russella.

On sam - o dziwo - potraktował je zupełnie serio, unikając zgrywy i postmodernistycznych igraszek. Jak dla mnie to obrazy ciekawsze niż te nieco wygładzone i mało mięsiste z choćby “Wkraczając w pustkę” Gaspara Noe.



Druga połowa obrazu to zerwanie z realistycznym tonem filmu. To, co zobaczymy, może przypominać nieco banalny horror, kontrastujący z wcześniejszą częścią, zachowującą w miarę naukowy charakter. Wszyscy ci, którzy oczekiwali dokumentalnego niemalże opisu eksperymentu, muszą poczuć się rozczarowani. Zbliżamy się tutaj do granicy rozrywkowego monster-movie o wilkołakach lub wielkich małpach. Inna sprawa, że charakteryzacja bestii, w którą zamienia się Jesup, naprawdę robi wrażenie.
Cóż, pełne napięcia oczekiwanie z pierwszej połowy filmu zamienia się w festiwal nieco wątpliwych atrakcji, ale powiedzmy, że jest to nadal fabularnie usprawiedliwione, a gorączkowy charakter filmu pozwala na tego typu “wycieczki gatunkowe”. Tak czy siak, nadal jesteśmy ciekawi, jak się to wszystko skończy, a doskonała realizacja obrazu sprawia, że raczej nikt nie powinien wyłączyć filmu.

Russell zadbał o wspaniały, mroczny nastrój. Zbiornik wygląda intrygująco. Wnętrza, w których toczy się akcja, są ciemne i klimatyczne. Muzyka jest histeryczna, bombastyczna i pełna dysonansów. Nominowano ją do Oscara, ja jednak sądzę, że elektroniczny minimalizm w rodzaju prac Johna Carpentera byłby tu znacznie bardziej na miejscu.

Aktorzy zostali dobrze dobrani. Nie zawodzi William Hurt jako Eddie. Ma fizis sympatycznego faceta, ale widać, że to urodzony psychonauta, który zrobi wszystko, żeby dotrzeć do jądra ludzkiej świadomości. W scenach tripów daje z siebie wszystko; jego twarz i całe ciało obrazują kanonadę wrażeń i oscylują pomiędzy przerażeniem, ekstazą i fascynacją.
Reszta obsady się sprawdza jako solidne tło. Nie można też nie zauważyć debiutu w bądź co bądź głównonurtowym kinie gwiazd, jakimi są amanita muscaria (muchomor czerwony) i DMT(związek powiązany z rytualnie używaną Ayahuascą).

Wiele relacji wskazuje na to, że bez względu na płeć, rasę czy stan posiadania owa substancja wywierają wielkie wrażenie na ludziach, a sceny z filmu nie mają w sobie nic z przesady, za to z pewnością nie wyczerpują kreacyjnych możliwości psychodelików. Są one też znacznie bliżej nas niż się wielu wydaje - ceremonie z ich zażywania nie należą do rzadkości i w celu ich odbycia nie trzeba już jechać do Meksyku.



Zakończenie filmu może nieco rozczarować. Nawet gdybyśmy chcieli zaakceptować rozwiązanie historii od strony psychologicznej, to nie można się oprzeć wrażeniu pewnego skrótu, cięcia czy uproszczenia. Końcówka wygląda jak doklejona na siłę; jest łopatologiczna. Może narzucili ją producenci?

Kino lubi narkotyki, bo te wzbudzają ciekawość; są wabikiem, okazją do zainscenizowania paru odjechanych scen. Ewentualnie oglądamy obrazy o upadku na samo dno rodem z mulastego “Requiem dla snu”. Filmowe ostrzeżenia przed narkotykami noszą imię Legion. Ale kino rzadko pokazuje, że psychodeliki były (i niekiedy jeszcze czasami są) obiektem badań i narzędziem poznania. Oby więcej takich tytułów. Palma pierwszeństwa w kategorii: body horror łamane przez filmowy trip z antropologicznym zacięciem. A także podpowiedź, od czego zacząć wiosenne porządki.

O Autorze

"Przyszedłem tu żuć gumę i skopać kilka tyłków. I właśnie skończyła mi się guma."

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Start typing and press Enter to search