[Latest News][6]

Akcja
animal attack
Arnold Schwarzenegger
artykuł
Buzzujemy
Clive Barker
Cronenberg
Deadly Prey
Dick
Eksperyment
film.org.pl
Gangsterka
Horror
John Carpenter
Karate
klasa B
Klasyka
Komedia
Lata 70-te
Lata 80-te
lata 90-te
Magivanga
Muzyka
Na spokojnie
Noir
Obyczaj
Ogłoszenia Parafialne
Okolice Grozy
Post-apo
Postapo
punk
ranking
relacja z koncertu
rock
Rumiankowo
S-F
Seagal
SF
Święta
The Room
Thriller
Trip
Van Damme
Włoszczyzna
Zakalec

Gliniarz Samuraj. Film nie w pełni sprawny.





W wypożyczalni, do której chodziłem w dzieciństwie, na jednej półce stały dwa filmy o podobnych tytułach. Miały też zbliżone okładki - obie kuszące gliniarską sylwetką na tle wielkomiejskiej dżungli. Były ręcznie rysowane. Mroczne. Ciężkie. W tamtych czasach co druga okładka serwowała obrazy jak z uchylonych bram raju: gnaty, auta, bicepsy, wybuchy, roboty, psychole i długie nogi pięknych kobiet. Jednak te dwie szczególnie zwracały moją uwagę, bo zdawały się obiecywać miks kina gliniarskiego z jakimś dodatkowym, tajemniczym składnikiem. Podobał mi się koncept policjanta-zwyrola. Skrycie liczyłem, że twórcy tych filmów pozwolą mi zobaczyć w akcji funkcjonariusza-zombie czy też mutanta lub gościa, któremu wszystko się poplątało, bo wpadł do innego wymiaru i wypluło go stamtąd jako namiestnika chaosu. Tymi obrazami były Maniakalny glina i Gliniarz samuraj. Żadnego z nich nie wypożyczyłem, bo nikt nie pozwoliłby mi obejrzeć filmu, którego okładka sugeruje, że będzie to kotlet siekany. A jednak te dwa pudełka skrywały - jak mi się zdawało - coś, czego nie znajdę w filmach z Brucem Willisem czy Sylvestrem Stallone. Stanowiły też koronny dowód, jak połączenie słowa “cop” i komiksowej stylistyki może pączkować w młodym umyśle.


Parę lat później obejrzałem Maniakalnego glinę, pijąc swoją pierwszą poważną wódkę (zagryzaną bananami i jogurtem). Seans zrobił na mnie duże wrażenie - tak duże, że wkrótce go powtórzyłem, licząc, że tym razem zobaczę więcej niż tylko pierwsze pół godziny. Maniakalny glina okazał się przyjemnym kinem klasy B. Był klimatyczny, sprawnie zrobiony i zawierał to wszystko, o co go podejrzewałem: policyjną historię osadzoną w dużym mieście z dodatkiem elementów jak z horroru. Po tym, jak zlikwidowano “moją” wypożyczalnię, nie miałem już okazji sięgnąć po drugą część wyśnionego zestawu, czyli Gliniarza samuraja. Wyglądało na to, że pozostanie on dla mnie jedynie blaknącym wspomnieniem okładki. Ta sugerowała silniejsze doznania niż w przypadku Maniakalnego Gliny - także przedstawiała spowitą mrokiem sylwetkę stróża prawa, ale ten był tu zbrojny w miecz samurajski i trzymał odciętą ludzką głowę.

Miód z rodzynkami, prawda?



Minęły lata, a ja natknąłem się na Gliniarza samuraja na nocnym przeglądzie kina klasy B w ramach Wrocławskich Nowych Horyzontów. I jak? Poszerzyło mi horyzonty. Wcisnęło wargi w dziąsła. Ujrzałem kinowe wcielenie jogurtu ze skwarkami. Zacznijmy od tego, że film nie ma wiele wspólnego z okładką kasety. Nie jest horrorem. Nie jest thrillerem. Nie opowiada nawet o psychopatycznym gliniarzu. Zarys historii sugeruje kino policyjne, typowe dla przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.

Zabójcza broń czy 48 godzin błyszczały jasnym blaskiem, więc kino klasy B próbowało uszczknąć co nieco z tego sukcesu, produkując tańsze warianty szlagierów. Jednym z nich jest Gliniarz samuraj - lecz z potężnym “ale”. Chodzi o to, że film się nie udał. I nie, nie mówimy, że jest słaby czy niedopracowany. W końcu ile B-klasowców wytrzymuje porównanie z obrazami, na których się wzorowały? Problem w tym, że Gliniarz samuraj to najtańsze origami świata, wycięte starymi nożyczkami w taśmie filmowej przez faceta z porażeniem kończyn. To kalka buddy movies - tak tania, siermiężna i rozmyta, że ledwo rozpoznajesz kontury sensu, historii; chwilami jest to wręcz rozlany na taśmę test Rorschacha, którego interpretacją musisz zająć się sam. To breja, w której pływają niby-aktorskie drobiny brudu i połamane ramy historii razem z grudami scen o posmaku żenujących improwizacji, doprawionych porno ścieżką dźwiękową i klimatem amatorszczyzny tak dalece posuniętej, że będziesz kogoś prosił, aby cię uszczypnął. Zapomnij o innych filmach. O Zabójczej broni. O talencie Stevena Seagala i wielu jego przebojach. Zapomnij nawet o tych wszystkich niedorobionych filmach Alberta Pyuna, które od teraz będą ci się jawić jako pełne mocy. Gliniarz samuraj pokaże ci, co znaczy najechać świadomość widza prawdziwym paździerzem, odebrać mu orientację w czasie i przestrzeni; wgryźć mu się pod czaszkę z młotem pneumatycznym puszczonym na biegu B - i kruszyć na pył jego potrzeby, oczekiwania i nadzieje.



Joe Marshall to amerykański glina zwany Samurajem, bo świetnie włada mieczem, zna sztuki walki, mówi płynnie po japońsku i wyspecjalizował się w zwalczaniu gangów. Wraz ze swoim partnerem, Frankiem, rzucą wyzwanie zorganizowanej grupie handlarzy narkotykami. Scenerią pojedynku będzie Los Angeles. Japońszczyzna bohatera powala - potrafi on płynnie wymówić słowo “Katana”, a następnie wyjaśnić jego znaczenie; znacznie gorzej idzie mu wymawianie nazwiska Fujijama. Reszta jego zdolności lingwistycznych pozostanie tajemnicą. Na podobnym poziomie zaawansowania są jego umiejętności sztuk walki - młóci on rękoma i nogami, czasami machnie mieczem, co jest chyba sztuką, ale wygląda turbo biednie.

Wysoki, umięśniony i długowłosy, Samuraj silnie oddziałuje na kobiety. Dzięki temu oglądamy sporo nagich ciał. Jeśli nawet któraś z pań nie rozbiera się, nie szkodzi - sztuka flirtu ujawnia tu przed nami swoje arkana. Nie ma to jak dopiero co poznania pielęgniarka, która stwierdza, że nie odpowiada jej rozmiar twego penisa, na co twój partner robi głupią minę, a ty tłumaczysz, że wcale nie jest mały. Golizny jest sporo - występuje w ramach lekkich, wypełnionych powłóczystą muzyką scen ciamkano-przytulanych, w których aktorzy próbują być tak zmysłowi, jakby uwielbiali płyty Kenny'ego G., róże i olejki eteryczne.



Grający Samuraja Matt Hannon liczył na karierę w Hollywood. Był podekscytowany swoją pierwszą rolą i dawał z siebie wszystko. Hannon gra “na pałę”: pręży się, napina i wypowiada najdurniejsze kwestie świata; w scenach strzelanin oczy niemalże wyskakują mu z orbit, a zęby zaciskają się jak wnyki. Można odnieść wrażenie, że to nie broń, lecz on sam wypluwa z siebie kule, przeładowuje swoją szczękę, a potem znowu pluje wściekle ołowiem. Długie włosy dodają Samurajowi buntowniczego sznytu, ale nie w scenach (licznych), kiedy zastępuje je damska peruka. Wygląda on jak mieszanka Gibsona ze Stallonem (moja żona twierdzi, że ma oczy tego drugiego), tyle że aktorsko wchodzi na poziom wiadra szlamu.

Ze swoją muskulaturą i sympatyczną aparycją sportowca-fana soft metalu jest to dla nas idealny przewodnik po zdziczałych rejonach kina. Grający jego partnera Mark Frazer wygląda na fana opiatów i grzecznie mówi w stronę kamery, co trzeba, by potem oddawać się żółwiemu zamroczeniu, a następnie ponownie na chwilę ożywić i uraczyć nas jakimś tekstem o penisie czy zrobić minę przynależną do świata zwierząt wystających na chwilę z nory. Dialogi pomiędzy partnerami wprawiają w osłupienie. O czym oni właściwie mówią?

Nie mam pojęcia, ale wiem, że czasami dotyczy to penisów, kobiet, a czasami tego, że szef ich zabije. Ten oczywiście wygląda na wrzodowca i dużo krzyczy na swoich nie przestrzegających regulaminu podwładnych, którzy najchętniej udekorowali by całe L.A. kawałkami rozjechanych, rozstrzelanych handlarzy białą śmiercią.



Źli chadzają w garniturach i chociaż są z japońskiej mafii, to przeważają wśród nich białe persony, a w dodatku wysługują się facetami w typie pierdziela piwosza. Nie są subtelni - Frankowi chcą, na przykład, odciąć penisa. Prawą ręką szefa - mało efektownego Japończyka z wąsem, który chce mieć głowę Samuraja na pianinie - jest Yamashita. On także zna kodeks Bushido i płynnie włada mieczem (co oznacza szpanerskie pozy i kretyńskie ruchy z użyciem tejże broni), więc jest jedynym godnym przeciwnikiem dla Joe. Gra go Robert Z’dar - ikona kina akcji. Z’dar jako jedyna osoba na planie miała duże doświadczenie w kinie i jeszcze w tym samym roku zagrał w Tango i Cash - przeboju z Sylvestrem Stallone i Kurtem Russellem, który jest wszystkim tym, czym Glina samuraj chciałby być. Wcześniej widzieliśmy go choćby w Cherry 2000. Dodam jeszcze, że to właśnie on wcielił się, i to 3 razy, w rolę Maniakalnego gliniarza. Nie zmienia to jednak faktu, że aktor gra tu jak cała reszta. Ba, stosunek gry aktorskiej do “bycia na ekranie” określiłbym jako jeden do dziesięciu na korzyść tego drugiego, przy czym pierwsze jest zakalcowate i smakuje kapciem. Być może Z’dar wszedł do kina akcji dzięki temu, że wcześniej pracował jako glina (a także jako tancerz Chippendale i wokalista), a może dzięki rozbudowanej muskulaturze. Pewnie też liczył, że kiedyś dostanie Oscara w kategorii “najbardziej efektowna żuchwa świata”. Nie dostał go. Mimo wszystko ten facet, wyglądający jak z obrazów art brute, zadomowił się w świecie filmów, w których ludzie chcą robić krzywdę innym ludziom. Konsekwentnie - aż do śmierci w 2015 - robił swoje, czyli bił, strzelał i straszył na ekranie.

Matt “Samuraj” Hannon nie stał się nowym Gibsonem, Seagalem czy nawet Lorenzo Lamasem. Po obejrzeniu swojego debiutu postanowił zakończyć karierę. Krista Lane grająca zabójczynię Katany chciała się za pomocą samurajskiego miecza odciąć od porno i przejść do poważnego kina, ale bez sukcesu. Przez chwilę walczył też reżyser naszego filmu, Amir Shervan, lecz i on poległ. Słówko o tej ciekawej postaci. Amir - Irańczyk po studiach teatralnych, mający za sobą próby reżyserskie (Khaterkhah czy Zemzeme-ye-mohabbat) - osiedlił się w Stanach i postanowił wpisać się w panującą modę na kino akcji. Chęć bycia najlepszym nie wystarczyła. Poza Gliniarzem samurajem nakręcił jeszcze kilka filmów (między innymi Hollywood Cop) o zbliżonych walorach i klimacie, a potem zaniechał eksperymentów z kinem. Nie był w stanie zrozumieć, dlaczego jego propozycje nie rzuciły ludzi na kolana.



Cóż, jakby nie patrzeć, każdy element tego filmu jest bezbrzeżnie zły. Operator od pierwszych scen udowodnił, że nigdy nie będzie pracował z Michaelem Mannem. Mamy tu zdjęcia jak ze Śmiechu warte. W ramach jednej sceny widzimy nie tylko różny typy oświetlenia, ale i różne lokacje. Tak jest, mili państwo, zwykłą scenę rozmowy w restauracji twórcy podchodzą jak byk krowę: część aktorów została tu wklejona z ujęć, w których grała w pojedynkę, i udaje (bardzo kiepsko), że uczestniczy w grupowej dyskusji. Sekwencje pościgów kręcono “na przyspieszonej” taśmie (efekt znany choćby z Mad Maxa 2) - ekipa nie mogła sobie pozwolić na mandaty. Strzelanin jest mnóstwo - jedna gorsza od drugiej. Postaci ciągle terkoczą z gnatów, ale robią to jak dzieci w piaskownicy; tak też umierają. Walki karate to przede wszystkim gra twarzą (kopniak wzrokiem i cios pięścią za pomocą zaciskania zębów) i odgłosy charczenia; poza tym desperacko biedne machanie kończynami. Może za ten stan rzeczy odpowiada dziwny biały nalot nad górną wargą u niektórych aktorów, widoczny na stop klatkach? Muzyka oscyluje gdzieś pomiędzy ścieżką dźwiękową do pornosa a zmutowaną ilustracją do gry w stylu Mario. Przyznam szczerze, że wpada w ucho i robi przyjemny bałagan w głowie.



Wskaźnik frajdy powinien wskazywać zero absolutne, a jednak tak nie jest. Ten gniot - ta rozdeptana gąsienica kina akcji, puszczająca nam soki na buty - to odmienne stany kina. Film, który jest tak niedorobiony, że zwyczajnie rozczula. Bawi. Zadziwia. I jeszcze raz bawi. Ta antyteza klimatu ma jakiś klimat. To obskurne, ale jednak słoneczne L.A. w niewytłumaczalny sposób zachęca do bycia pogromcą Katany. Między parą głównych bohaterów istnieje jakieś tam chemiczne czy toksyczne połączenie, które sprawia, że jesteśmy gotowi dotrwać wraz z nimi do końca tej historii. Obecne na planie aktorki okazały się całkiem atrakcyjne, a Jannis Farley (grająca restauratorkę, która zechce się uwolnić od powiązań z Kataną) ma sporo uroku. Ale przede wszystkim mamy tu egzotycznie rozwichrzoną egzemplifikację terminu “katastrofa”. Filmowego dziwoląga, który za odrobinę uwagi pokaże wam parę sztuczek.



Gliniarz samuraj to film - doświadczenie. Sen. Zresztą każdy film jest snem. Nie ma świata jak z Zabójczej broni czy Cobry. Nie ma też świata jak z Gliniarza samuraja. Tyle że okazji, by śnić filmy z Gibsonem czy Stallonem, jest wiele, a takich jak ten tu - cóż, znacznie mniej. Aczkolwiek… niemalże remake naszego tytułu stanowi średniobudżetowy Ostry poker w małym Tokio z Dolphem Lundgrenem. Przyjrzyjcie się fabule - jest niemalże identyczna. Trudno jednak stwierdzić, kto kogo kopiował, bo oba tytułu powstały w tym samym roku. A może było coś takiego w powietrzu tamtego lata, że każdy chciał robić kino o dwóch gliniarzach z L.A. zwalczających japońską mafię i ratujących z jej łap ładną restauratorkę? Lindgren grał tu wychowanego w Japonii specjalistę od miecza i sztuk walki… Ciekawi mnie recepcja Gliniarza samuraja w latach 90-tych, kiedy odbiorcy mieli gust eklektyczny, a mózgi chłonne - oglądało się wszystko, co amerykańskie i błyszczące. Ludzie byli ciekawi rozrywki z zachodu, a Video było jak nienasycone usta z potrzebą ciągłego ich zapełniania. Ciekaw jestem, czy znaleźli się tak maniakalni odbiorcy czegokolwiek, ze nie zauważyli nawet, że oglądają jakiś półprodukt. Słowem, interesuje mnie, jaka część publiczności dała się zachęcić okładce, a potem odpaliła taśmę i weszła w Samuraja jak miecz japoński w masło. Bez chichotu w trakcie seansu, bez chwytania się za głowę czy chwalenia się kolegom następnego dnia, jaki to paździerz przerobili.



Na pewno o naszą przyjemność przed ekranem zadbał czytający film Tomasz Knapik. Jest to lektor, który zdecydowanie ma odpowiedni tembr głosu do tej roboty. Dezynwoltura wielu tłumaczeń z lat 90-tych, potęgowana przez dosadny, mięsisty sposób czytania Knapika, wspaniale korespondowała z luzacko-twardzielskim klimatem filmów, w których po zastrzeleniu setki ludzi jedziesz do domu, żeby napić się piwa i zjeść pizzę, a potem znowu ruszyć na miasto. Knapik brzmiał jak facet, który czyta dziennie po 20 filmów i nie w głowie mu wymyślne figury stylistyczne.

Samurai cop przepadłby w rzece pełnej szlamu, spływającej do jakiegoś morza zapomnienia. Niemalże tak się stało - świat już o nim zapomniał, kiedy nagle powszechny dostęp do internetu i popularność youtuba zmieniły sprawę. Okazało się, że sceny z tego obrazu wzbudzają zainteresowanie. Na tyle duże, że Matt Hannon, który nie tylko nie zrobił żadnej kariery, ale zgodnie z jakimś błędnym źródłem informacji był martwy, postanowił umieścić na youtubie film dowodzący, że oto żyje i nadal nosi długie włosy.

Mężczyzna przyznał, że - zgodnie ze standardami Hollywood - jest nikim, więc nie przeszkadza mu, iż dla świata pozostanie Gliniarzem Samurajem. I został nim ponownie. Bo poza tym, że zaczął się pojawiać na imprezach kanonizujących film z jego udziałem, udzielać wywiadów i rozdawać autografy, to zagrał w drugiej części przygód Joe Marshalla - Samurai cop: Deadly Vengeance. Trailer obrazu wygląda nieźle, ale podobno “to już nie to”; miecz się stępił. Pierwszy Samuraj bawił ostatnio publiczność Festiwalu Filmów Kultowych w Gdyni, gdzie ścieżkę dialogową czytał na żywo Tomasz Knapik. Tytuł pojawia się w repertuarze wielu innych festiwali i przeglądów na całym świecie. Słowem, prowadzi drugie życie w ćwierć wieku po premierze. Takiego kina powstało na świecie więcej. Przeważnie owe “boleśnie nieudolne” pozycje trafiły szybko w niebyt; zostały po nich kilka taśm VHS na paru strychach rozsianych po całym globie. Niekiedy jednak “wracają”.

Jeśli wiecie cokolwiek o filmach tak czerstwych, tak popapranych, że aż psychoaktywnych - piszcie do nas. Każdemu, kto pomoże w namierzaniu tego typu kina, wyślemy nagrodę - kubek, koszulkę lub laurkę.



Dla niezdecydowanych - trailer.
Dla melomanów - fragment porywającej ścieżki dźwiękowej.

O Autorze

"Przyszedłem tu żuć gumę i skopać kilka tyłków. I właśnie skończyła mi się guma."

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Start typing and press Enter to search