[Latest News][6]

Akcja
animal attack
Arnold Schwarzenegger
artykuł
Buzzujemy
Clive Barker
Cronenberg
Dick
Eksperyment
film.org.pl
Gangsterka
Horror
John Carpenter
Karate
klasa B
Klasyka
Komedia
Lata 70-te
Lata 80-te
lata 90-te
Magivanga
Muzyka
Na spokojnie
Noir
Obyczaj
Ogłoszenia Parafialne
Okolice Grozy
Post-apo
punk
ranking
relacja z koncertu
rock
Rumiankowo
S-F
Seagal
SF
Święta
Thriller
Trip
Van Damme
Włoszczyzna
Zakalec

Hard to kill. Przebudzenie sprawiedliwości.




W latach 80-tych i 90-tych popyt na twardzieli w kinie był tak duży, że praktycznie każdy fan mordobicia miał swojego idola. Jednym z władców masowej wyobraźni był Steven Seagal.
Co go odróżnia od innych "łamaczy kości" pokroju Norrisa,Van Damme'a czy Lundgrena? Egzotyka. Facet wygląda jak italo-indianin, a zamiast klasycznego karate proponuje rzut przeciwnikiem jak brudną szmatą. Nosi zadziorny kucyk i groźnie marszczy brwi. Wprowadza do kina tajemniczy, z lekka orientalny posmak. Poza tym Seagal naprawdę umie bić. W trakcie scen walki nie korzysta z pomocy dublera (a przynajmniej nie robił tego na początku kariery). Jako autentyczny spec od Aikido wykorzystuje siłę wroga i zamienia go w cielesny kłąb, pchnięty a to na ścianę, a to na sklepową półkę czy najbliższą szybę. Nie ma w tym żadnej gracji, jest za to duża skuteczność i jakaś kosmiczna sprawiedliwość - przemoc kierowana na innych obraca się przeciwko tobie.

Tak, aspekt moralny zawsze był ważny u Stevena Seagala. To w końcu on jest autorem takich wypowiedzi, jak: "Nie bądź zły. Bądź dobry", przekazywanych zbirowi podczas łamania mu ręki. Poza tym jakiś czas temu tybetańscy mnisi sądzili, że aktor może być kolejną inkarnacją Buddy. To zobowiązuje.
Podobnie jak fakt, że przez wiele lat Seagal uczył się sztuk walki w Japonii, później w stanach prowadził szkołę Aikido, a w międzyczasie był podobno zabójcą na usługach C.I.A. Zresztą nasz bohater to postać o tylu twarzach, że wkrótce poświęcimy mu osobny artykuł.
A tymczasem...
"Hard to kill" podchodzi z czasów, kiedy Seagal był odkryciem, zjawiskiem i objawieniem na polu kina akcji. Fabuła jest prosta. Mason Storm, uczciwy policjant, wpada na trop spisku mafijno-politycznego, wobec czego staje się celem ataku. Jego rodzina ginie, a on sam zapada w śpiączkę. Wybudza się z niej po 7 latach i postanawia pomścić bliskich. Jego przeciwnik jest teraz senatorem, ale i tak wkrótce będzie przeszłością.
Po przebudzeniu ze śpiączki Storm uzyskuje wsparcie ze strony najładniejszej pielęgniarki, jaka była pod ręką. Goli się, zabiera za akupunkturę, rozpoczyna trening i w parę dni odzyskuje sprawność mięśni, jasność myślenia i zdolności seksualne. Przywdziewa czarną marynarkę, nażelowuje włosy i zaczyna oczyszczać miasto. Źli ludzie to senator i siedzący mu w kieszeni brudni gliniarze. Mają twarze napuchnięte cwaniactwem i kaprawe oczka. Zazwyczaj noszą jasne marynarki i nie znają sztuk walki ani sztuki życia. Nie byli w Japonii; nie cenią akupunktury i muszą chodzić w większych grupach, żeby cokolwiek znaczyć.


Mason Storm jest niemalże sam, ale nie zatrzyma się. Steven Seagal potrafi. Przerabia na pizzę. Przywraca równowagę we wszechświecie.
Film pochodzi z najbardziej "esencjonalnego" okresu aktora. Grał on wtedy policjantów i tylko policjantów. Nie ekologów, nie kucharzy-komandosów, nie facetów tłukących mieczem zombie. Jego wczesne filmy były proste, gęsto wypełnione mordobiciem, pełne chrzęstu kości i "fucków".
Segall nie nosił wtedy jeszcze dziwnych indiańskich kurtek. Nie kręcił w Europie, bo taniej. Rządził w Stanach. Zwarty, ubrany na czarno, z policyjną odznaką, która zawsze zdawała się stanowić tylko dodatek do jego wrodzonej siły. Jako tako panował nad swoją tuszą; dopiero teraz zatrudnia dublerów nawet w scenach wysiadania z auta. Jego bohaterowie nazywali się różnie, ale zawsze byli tacy sami. Seagal kreślił te postaci paroma groźnymi pociągnięciami brwi. I wystarczało.



"Hard to kill" to kino rozczulająco naiwne. Fabuła prosta jak drut, ale zapada w pamięć. Jest krwawo, brutalnie i dosadnie. Łamanie rąk, wybijanie zębów, zabijanie ostrymi narzędziami. Broń palna też idzie w ruch i uraczeni zostaniemy jedną sceną ostrej wymiany ognia, ale obraz Bruce’a Malmuth’a to przede wszystkim starcia ręczne. Senator Trent przypomina nam niektóre z naszych gwiazd polityki, więc czekanie na "ostatni, smutny akt jego kariery" przykuwa silnie do ekranu. Zresztą wszystkie męty są w tym filmie tak tchórzliwe i poumaczane, że przemoc zyskuje moc katarktyczną. Zaburzają feng shui miasta i zatruwają czakry matki ziemi. Oglądanie, jak wpadają w niebyt, daje dużo radości. I to chyba stanowi o sile "Hard to kill".
Zemsta jest tu traktowana z pełną powagą - jako jedyne wyjście, konieczność, a nawet swego rodzaju performance. Zauważcie, że Seagal jest tu niemalże "mędrcem sprawiedliwego bólu" i nim "dojeżdża" kolejnego bandytę, dokonuje kompleksowej oceny moralnej, tak by padalec nie miał wątpliwości, że nie ma prawa żyć. Poza tym ubrudzony senator kandyduje na prezydenta, więc być może Storm ratuje przed złem całą Amerykę lub nawet świat. 


"Hard to kill" ma potoczystą akcję i gładką, klasyczną narrację. W latach 90-tych można było o nim mówić jako o doskonale zrealizowanym filmie sensacyjnym. Teraz pewne sceny czy ujęcia gryzą w oczy naiwnością czy niezamierzonym komizmem - nawet przy założeniu, że oto oglądamy "kolejnego Seagala". A to mordercy rodziny Storma zakładają rękawiczki już po przejściu prawie całego domu, a to ktoś ma wyjątkowo głupią minę, strzelając w bohatera, a to gitarowe riffy dają nam najtańszą porcję czadu na świecie. Nie musi to jednak przeszkadzać. Wady tego filmu mogą stanowić o jego uroku. Podobnie jak minimalistyczna gra aktora: sękata mimika z wyraźną pracą bruzd na czole i ściąganiem brwi.
Muzyka - jak wszystko inne w tym dziarskim akcyjniaku - jest jednocześnie naiwna, zupełnie niedzisiejsza i zdecydowanie na miejscu. Ważne, że podbija tempo i zagrzewa do walki. Dokładnie tak samo jak Kelly Lee Brook. Dziewczyna jest odpowiednio ładna i wrażliwa ,żeby stanowić godne zaplecze pielęgniarskie dla naszego mściciela.
"Hard to kill" trwa tylko półtorej godziny. Jest przez to skondensowane i nie męczy. To ładna bajka o tym, że wszystko może skończyć się dobrze, jeśli jesteś dobry. O tym, że nigdy nie jest za późno, żeby wrócić do życia i wyrwać parę chwastów.



Ten film sprawi ból lewej półkuli mózgu, ale może przyspieszyć działanie prawej. Poza tym to niezła rozrywka - oczywiście, o ile mamy trochę serca dla ”tamtych czasów” i “takich bohaterów”. Z pewnością rzecz nie nudzi jak chociażby pośpiączkowy ”Kill Bill”, gdzie zemsta jest długa, nudna i przegadana. Tutaj prostolinijne lanie po pyskach smakuje znacznie lepiej.
Ale filmy "Seagala" to nieco osobna kategoria. Każdy mniej więcej wie, czego po nim oczekiwać, i każdy mniej więcej wie, czy jest to dla niego alergen, czy atrakcja. Ze swojej strony mogę więc dodać, że jest to jeden z najlepszych, najsolidniejszych "Seagali”. Kto klimat zna i lubi, poczuje się jak w domu.


Suplement do recenzji, czyli próba odpowiedzi na pytanie : ”Po co robi się TAKIE filmy?”.

IDENTYFIKACJA. Każdy czuł się kiedyś zdradzony, zaatakowany, potraktowany bezwzględnie. Instytucje, rodziny, szkoły, urzędy czy nawet najbliższe osoby potrafią ranić. W tym sensie wszyscy byliśmy kiedyś ofiarami.

INTENSYFIKACJA. Większość z nas zaznała krzywdy, ale nie w takim natężeniu, jak nasz bohater. Storm stracił wszystko: rodzinę, dobre imię, 7 lat życia. Teraz, kiedy się obudził, znów na niego polują.

BRAK AMBIWALENCJI. Tutaj zbrodnia jest oczywista, okrutna i uderza w niewinnych, czyli uczciwego człowieka i jego rodzinę. Dokonują jej bandyci z odznakami, sprzedajni i bezwzględni. Wrabiają Storma w narkotyki, a sami kontynuują służbę w policji - w poczuciu bezkarności i śliskim zadowoleniu. W prawdziwym życiu rzadko możemy mówić o sytuacjach tak jednoznacznych moralnie. Zazwyczaj zło nie jest aż tak złe, a my nie jesteśmy aż tak niewinni jak bohater filmu.

IMPET ODWETU. Przy zbrodni tak okrutnej i nie dającej się usprawiedliwić kara może zostać zadana z dowolną siłą. Dla prawdziwych niegodziwców zmieniamy standardy moralne i dostosowujemy je do poziomu naszego gniewu. Poza tym w przypadku Storma jest to niemalże afekt. Jego wewnętrzna perespektywa wskazuje przecież, że od tragedii minął ledwie dzień.

ODPOWIEDNIE ZASOBY. Mając moralne prawo dokonać odwetu, Storm ma też odpowiednie predyspozycje psycho-fizyczne i odpowiednie przygotowanie, żeby bandę oprychów przerobić na papkę.

Mamy tu więc sytuację zbrodni idealnie OKRUTNEJ - w tym sensie, że przygotowanej jakby pod IDEALNIE SPRAWIEDLIWĄ KARĘ. Kara zaś przynosi oczyszczenie. Sprawia niemalże fizyczną przyjemność widzowi. Identyfikacja z bohaterem pozwala nam załatwić naszą prywatną wendettę. Daje poczuć satysfakcję, przywraca światu sens, przypomina o elementarnym porządku.

Storm uderza w naszym imieniu.
I zwycięża.



O Autorze

"Przyszedłem tu żuć gumę i skopać kilka tyłków. I właśnie skończyła mi się guma."

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Start typing and press Enter to search