[Latest News][6]

Akcja
animal attack
Arnold Schwarzenegger
artykuł
Buzzujemy
Clive Barker
Cronenberg
Dick
Eksperyment
film.org.pl
Gangsterka
Horror
John Carpenter
Karate
klasa B
Klasyka
Komedia
Lata 70-te
Lata 80-te
lata 90-te
Magivanga
Muzyka
Na spokojnie
Noir
Obyczaj
Ogłoszenia Parafialne
Okolice Grozy
Post-apo
punk
ranking
relacja z koncertu
rock
Rumiankowo
S-F
Seagal
SF
Święta
Thriller
Trip
Van Damme
Włoszczyzna
Zakalec

Body double. Palma goes to Hollywood.



Brian De Palma to obecnie klasyk kina. Być może nie tak poważany, jak Scorsese czy Coppola, ale mający mocną pozycję. Od pewnego czasu reżyser kręci coraz słabsze filmy, jakby zabrakło mu już pary, niemniej jego filmografia z lat 70- tych, 80-tych robi wrażenie. “Carrie”, ”Człowiek z blizną”, ”Nietykalni” i parę innych to już kanon dla każdego, kto interesuje się kinem. “Body double” - tytuł nakręcony po przebojowym “Człowieku z blizną” - nie okazał się hitem, ale dziś wyraźnie widać, że w pewnym sensie wyprzedzał swoje czasy. 
Podobno film jest snem. Jeśli to prawda, to "Body double" jest nim na kilku poziomach. Poza spełnieniem pierwszego warunku, tj. bycia filmem, jest to przecież kino o kinie.
Scenerię obrazu stanowi Hollywood - legendarna kraina snów - która nie dość, że zdaje się stanowić odrębną, iście oniryczną rzeczywistość, to jest wypełnione po brzegi ludźmi filmu lub tymi, którzy chcą nimi zostać. Wszystko tu więc kręci się wokół szklanego ekranu. Oglądamy aktorów, próby, przesłuchania i plany filmowe. Bohaterem jest mało popularny aktor kina klasy B. Wpada on w środek kryminalnej intrygi, która sama w sobie przypomina jakiś kwaśny wyziew scenarzysty desperata. Jeśli ktoś lubi kino mocno sprzężone z jego życiem, doświadczeniami i tym, co ma za oknem, może śmiało odpuścić sobie "Body Double".

Film De Palmy to frenetyczna zabawa. Bohater mieszka w wieży wyglądającej jak górujące nad miastem UFO. Za oknem ma widok na sąsiadkę o urodzie top modelki, która regularnie tańczy półnaga przed lustrem. Aktor jeszcze nie wie, że wkrótce stanie się jej jedyną szansą na ujście z pułapki. Granica między planem filmowym a resztą świata jest tu płynna. Kobiety - piękne i tajemnicze. Zagadki prowadzą do kolejnych zagadek. Jest to świat nie tylko drastycznie odległy od polskiej rzeczywistości, ale i pewnie od tego, czym faktycznie było Hollywood w latach 80-tych (lub kiedykolwiek indziej). Ale kogo to obchodzi?



Pomysł, by wepchnąć pechowego aktorzynę w sytuację rodem z Hitchcocka, a potem kazać mu przeczołgać się przez sceny urągające zdrowemu rozsądkowi, okazał się strzałem w dziesiątkę. Mamy tu więc "Okno na podwórze" łamane przez erotyczne thrillery. A jeszcze inaczej: najpierw jest Hitchcock, a potem poziom absurdu stopniowo rośnie.
Ale nie tylko umiejscowienie akcji nadaje "Body Double" podwójnie filmowego charakteru. Przesądza o tym także forma - koktajl różnych konwencji. Mamy tu więc niemalże "Alicję w krainie czarów", tyle że sen pełen jest pianki do włosów, gwiazdek porno i nocnych wojaży po świecie, w którym co druga scena wygląda, jakby została przetransplantowana z innej filmowej tkanki. Powstał hołd dla kina, a także - może niezamierzenie - dla lat 80-tych. Bohater przypomina młodego Bono, a świat dookoła niego to kabriolety, drinki i kalifornijskie słońce. Jeśli więc komuś nie przeszkadzają sztuczne wampirze zęby, nadekspresyjne aktorki i fryzury sprzed paru dekad, to jest szansa, że może się poczuć uwiedziony zwiewnym obrazkiem. Thriller De Palmy to znakomita zabawa, o ile nie jesteśmy uzależnieni od powagi Wajdy, Zanussiego czy Hanekego. Jest to “Zagubiona autostrada” w wersji light lub “Okno na podwórze” plus dawka kiczu i umiłowanie przesady. A z całą pewnością - dowód na to, że postmodernizm w kinie nie narodził się wraz z przybyciem Lyncha czy Tarantino, który zresztą ubóstwia De Palmę.
Reżyser “Carrie” to spec od recyclingu. Bierze swoje od mistrzów, nie wstydzi się podkradać z terenów kina niższego sortu. Powstaje "zszywak", który w innych rękach rozpadłby się na kawałki. De Palma wypełnia go energią, wyraźną radością tworzenia i bezbłędnym warsztatem. Doskonałe wyczucie rzemiosła wynosi niektóre sceny do poziomu prawdziwej petardy. Wiedząc, że "Body Double" to żart, wygłup, brokat i kapiszony - mimo wszystko chwilami siedzimy na krawędzi fotela. Żarty też trzeba umieć opowiadać, a De Palma umiejętność gry na emocjach opanował do perfekcji. Sex i przemoc przegryzły się tu ze sobą świetnie, a doprawiono je solidną dawką humoru. Fabuła działa dezorientująco, ale jest to efekt zamierzony.



Jeśli chcesz zobaczyć w jednym filmie szałowy striptease, wielkiego Indianina ze spaloną twarzą, który morduje ofiarę cholernie długą wiertarką, i zespół Frankie goes to Hollywood, wyskakujący jak królik z kapelusza - zabawka De Palmy będzie dobrym rozwiązaniem. Poza tym dziki pościg po plaży, przebieranki i radosne podglądactwo. Obrazki jak ze scen dialogowych filmów xxx przeplatają się tu czułymi uściskami rodem ze starych melodramatów, gdzie kamera okrążą całujących się bohaterów, wirując coraz szybciej. Sztuczność jest tu celebrowana, fetyszyzowana i stanowi wartość samą w sobie. Przeładowanie jest cnotą. Jeśli przejażdżka autem, to najlepiej na sztucznym tle. Jeśli piersi, to umazane krwią.
De Palma to niesforny wujaszek, puszczający do nas oko, mizdrzący się mieszaniną tanich wzruszeń, realnego napięcia i atmosfery “dzikiego, nocnego Hollywood”. Nie interesuje go rzeczywistość za oknem. Interesuje go, by jego film przywoływał obrazy innych filmów, w dużej mierze tych starszych. By powodował przyjemne uczucie deja vu, a jednocześnie sprawdził się jako thriller. Jest to więc inteligentny, przemyślany przerost formy nad treścią. Niemalże destylat formy. De Palma pokazał, że rozrywka może być niegłupia, choć wiele osób pewnie uzna "Body Double" za szczyt nonsensu. Jest wielce prawdopodobne, że będą to te same osoby, dla których "Bondy" są nieznośne, bo urągają prawom fizyki, psychologii i medycyny konwencjonalnej. Rozczarują się też miłośnicy kina moralnego niepokoju, stylu zerowego, mockumentary czy oscarowych opowieści z przesłaniem.


Prawdą jest, że scenariusz filmu jest naprawdę pomysłowy i trzyma się swojej wewnętrznej logiki. Przy okazji - w przeciwieństwie do współczesnych thrillerów - obraz nie epatuje mrokiem, chłodem i zobojętnieniem świata przedstawionego. Jest to zabawa dla samej zabawy, ale przednia. De Palma był wtedy na fali, i to czuć. Film prowadzony pewną ręką, z niemalże słyszalnym chichotem zza kamery. “Body double” ma w sobie lekkość i klimat nocnej eskapady w nieznane. Wciąga. Zaskakuje. Dla współczesnej widowni być może nawet zbyt ekscentryczny i dezorientujący. Śmiać się? Płakać? Drżeć? Komedia? Kryminał? Melodramat? Nie jest to arcydzieło. Nie jest to film przełomowy. Ale to doskonałe kino na zimowy wieczór.



Nie ma tu żadnego wielkiego przesłania, choć pewne psychoanalityczne tropy łatwo się nasuwają - jak zresztą u Hitchcocka. Nikt tu nie umiera za ojczyznę, nie dokopuje się do archiwów IPN-u. Jesteśmy z bohaterem, żeby zobaczyć, czy uratuje tajemniczną piękność, pokona klaustrofobię i wyjdzie na prostą. Wizualnie jest nieźle. Kamera porusza się elegancko, długimi pociągnięciami. Gdy trzeba, potrafi zdecydowanie przyspieszyć. Brak efektów komputerowych i pirotechnicznych właściwie tylko cieszy. Jest analogowo i niedzisiejszo, co należy przywitać z ulgą. Muzyka Pino Donaggio jest na tyle bombastyczna i melodramatyczna, żebym nie miał ochoty słyszeć jej już nigdy więcej poza obrazem, ale w filmie działa jak trzeba. No i Melanie Griffith - właściwa osoba z właściwą fryzurą, żebyśmy jeszcze mocniej poczuli ducha lat 80-tych.
Składa się to wszystko na małą filmową przyjemność z rodzaju tych, które wcale nie powstają tak często, jak powinny. “Body double” jest jak dobrze przemyślany drink - orzeźwiający, efektownie przystrojony palmą, z kostkami lodu i pewnie coś w nim rozpuścili, ale tym lepiej.


O Autorze

"Przyszedłem tu żuć gumę i skopać kilka tyłków. I właśnie skończyła mi się guma."

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Start typing and press Enter to search